Dodaj zakładkę Mapa strony
21 Października 2017r.
Imieniny: Urszula, Celina, Hilary
Pogoda
Zapisz się !

Gorgany

23-29 lipca 2011

Było nas 11. Oprócz Starej Gwardii, czyli: Jurka – Ojca Przełożonego, Adriana, Bogusia, Wojtka i Krzyśka Luboniów, Maćka, Michała, Wojtka zwanego dalej Wicią oraz Rafała pojawiły się dwie nowe – żywiołowo przywitane – twarze, czyli reprezentujący barwy Zagłębia Robert oraz – występujący jako zagraniczny element egzotyczny – Vasek z Czech. Wyszła z tego grupa międzynarodowa z ambicjami sięgającymi nie tylko najwyższych szczytów Gorganów, ale pewnie nawet samego Mount Everestu.

23 lipca 2011 urocze wiedźmy zleciały do Przemyśla – zdecydowanie najlepszego sabatpunktu dla wycieczek kierujących się na ukraińskie szlaki. Popołudnie i wieczór upływa na wyborze całkowicie nietrafionej restauracji "Niedźwiadek" (fani spalonego tłuszczu powinni tu koniecznie trafić!) oraz bardzo trafionej cukierni, skąd pochodzi pierwsza z wielu niesamowitości wyjazdu – deser truskawkowy Roberta. Starówka przemyska – mimo pewnego zaniedbania i niewielkich rozmiarów – robi dobre wrażenie, zwłaszcza nocą. Przemyślanie przyjaźni (tu puszczamy oczko do uprzejmych strażników miejskich Mrugnięcie). Nocleg w Schronisku PTSM "Zameczek" – warunki w standardzie turystycznym, cena przyjazna (22 PLN), obsługa podobnie.

Z informacji praktycznych: kierowcy chcący pozostawić samochód w bezpiecznych warunkach powinni udać się do – to nie jest jakiś makabryczny żart -  komisu na ulicy Mickiewicza. Zostawiając samochód należy nie zapomnieć poinformować obsługę, że autko nie na sprzedaż jest, a na postój – i już! 9-dniowe parkowanie kosztować nas będzie 80 PLN. Pieniądze żadne jak za tygodniowy spokój ducha. Busy na granicę odjeżdżają z przeciwnej strony dworca PKP. Dojazd do Szeginii zajmie koło 20 minut.

Droga do Osmołody trafi jako druga na listę osobliwości. Busa załatwił dla nas Viktor z Arniki – za co mu dozgonna wiedźmia wdzięczność. Usługa transportowa okaże się nadspodziewanie droga – 2000 hrywien, co wydaje się standardem bliższym brytyjskim kolejom niż ukraińskim przewozom autobusowym. Uwaga dla dużych grup: mimo wysokiej stawki nie polecamy transportu publicznego. Pewnie byłby tańszy, jednak ilość przesiadek, powolność oraz nieludzko zatłoczone marszrutki na trasie Kałusz-Osmołoda uzasadniają większy wydatek.

Droga przez pierwsze dwie godziny wygląda całkiem zachęcająco. Widoki nieciekawe, ale jakość dróg względnie dobra. Niestety – do czasu. Już na samym początku nasz ukraiński driver powiedział, że droga do Osmołody jest bardzo "bum bum", co generalnie zlekceważyliśmy uznając, że polskie drogi przyzwyczaiły nas do całego wachlarza niewygód, z uwzględnieniem korków i wyboi. Ukraińska rzeczywistość okazała się jednak inna – ostatnie 28 kilometrów, do pokonania których potrzeba było dwóch godzin, obnażyło w pełnej krasie naszą naiwność. Wyboje na wyglądającej na polną drodze głównej sięgnęły stratosfery.

Droga na tym ostatnim odcinku jest – o dziwno – dość szeroka. Tym śmieszniej wyglądają esy-floresy malowane przez kierowców, którzy w labiryncie dziur i rozpadlin próbują znaleźć wariant – być może jedyny możliwy – umożliwiający przejazd kolejnych kilku metrów. Bo w tym szaleństwie mijanek nie chodzi o to, by przejechać w miarę wygodnie. Tutaj wyzwaniem jest przejazd w ogóle. Rzeczą zupełnie nie do wyobrażenia jest pokonanie tej trasy nocą, przy braku oświetlenia ulicznego.

Dłużącą się gehennę skracamy zabawami typu "Zgadnij o czym myślę", lub grą w ryby. Wielu z nas nieprzerwane wertepy po prostu usypiają. Samochód stęka, rozmowy powoli cichną. Każdy trawi koszmar w zaciszu samego siebie. Do Osmołody trafiamy niemiłosiernie wytrzęsieni.

Gorgany wyglądają jak zmultiplikowane Babie Góry. Osiągnięcie wyższych partii pozwala zobaczyć, jak rozległe są to góry – szczyty, pasma i doliny ciągną się po sam horyzont i prawie nigdzie nie widać osad ludzkich czy innych zdobyczy cywilizacji. Szlaki są wytyczone i oznakowane idealnie – poza kilkoma wyjątkami orientacja nie sprawiała kłopotów. Uśmiech

W trakcie naszej imprezy udało nam zdobyć Ihrowiec/Wysoką – wyjście wygodnym szlakiem czerwonym z samej Osmołody, Grofę – znowu szlak czerwony, też zresztą prawie spod samej Arniki, oraz Sywulę – na której nas niewiarygodnie zlało. Zanim to nastąpiło, nadchodząca burza urządziła nam spektakl pod tytułem: "Góry chmury i trochę wichury". Na pewien czas, burzowe chmury "oparły się" na wschodnich stokach grzbietu Sywuli, przez co idąc granią miało się wrażenie zwiedzania krawędzi czynnego wulkanu. Stalowoszare kłęby unosiły się niemal pionowo nad linią grani i według zgodnej opinii wszystkich uczestników za takie widoki można było zapłacić 100% przemoczeniem, wyziębieniem i przerażeniem spowodowanym łupiącymi dokoła piorunami. Co ciekawe, odgłosy piorunów i deszcz towarzyszyły nam przez pozostałe 4 godziny powrotu do bazy. Gorgańskie burze szybko nie odpuszczają.

W kwestiach praktycznych: wyjście i zejście na Sywulę w ciągu 1 dnia jest prawdopodobnie, ale wymaga kilkunastogodzinnego SZYBKIEGO tempa i chyba mija się z celem. Wariant optymalny to – jak w naszym przypadku – podwózka Łazem w okolice potoków Szczawnik, dalej za nieoznakowaną ścieżką do ruin przedwojennego schroniska na połoninie Bystrej (słupki 23 – 19) a następnie przez Małą Sywulę na najwyższy szczyt Gorganów. Istnieje opcja ominięcia Małej Sywuli, ale raczej nie warto – wybór tego łatwiejszego wariantu oznacza rezygnację z ładnych widoków.

Z innych wspominek: podejście na Ihrowiec wymaga – na samym początku – przejścia wiszącym mostem nad potokiem Łomnica. Fajne wrażenia, krok marszowy zdecydowanie niewskazany! Ścieżka trochę wątła, ale zabłądzić nie ma gdzie. Na Ihrowcu część grupy postanowiła wrócić tą samą drogą do Osmołody (brak motywacji należy w tym przypadku przypisać niesławnej koniczynówce – o której gdzie indziej). Lubonie, Robert, Rafał i Vasek wykonali pełne okrążenie – z poświęceniem ciepłej kolacji. Męcząco ale mężnie! Uwaga praktyczna: przy zejściu z Ihrowca na przełęczy Borewka – bardzo trudny orientacyjnie moment. Szlak żółty odbija w prawo, co wymaga uwagi i szczęścia, by trafić na niknącą w malinach i innych chaszczach ścieżkę.

Wyjście na Grofę to najprostsze z podejść, jakie mieliśmy okazję zrobić. Po drodze mija się schron na Płyścach (fajny klimat, zwłaszcza na pięterku), szczyt ładny. Po drodze spotykamy grupę ukraińskich chłopaków chodzących po górach – i Grofa wydaje nam się jeszcze ładniejsza. Uśmiech

Świdowiec zasługuje na osobny rozdział, bo to pasmo – choć z Gorganami graniczące – jest od nich całkowicie różne. Decyzja by odwiedzić Świdowiec zapadła dzięki rekomendacji Wojtka Kaktusa, któremu za to nasza wielka ciotczyna wdzięczność!

Wyjazd wymagał specjalnych przygotowań: zaopatrzenia się w namioty i przynajmniej podstawowe utensylia do gotowania, zorganizowanie dodatkowego transportu z Osmołody do Dragobratu – tu znów nieoceniona pomoc Viktora, wczesnej pobudki, jazdy w wilgotnych butach (zalanych poprzedniego dnia na Sywuli). Koniec końców po 5 godzinach jazdy dotarliśmy do Dragobratu – po drodze pokonując oczywiście niesławne trzęsawisko osmołodzkie. Wstrząśniętym podróżą przyszło nam się wstrząsnąć raz jeszcze – tym razem estetycznie. Świdowiec to rzeczywiście wyjątkowe morze połonin, o tej porze roku soczyście zielonych. Niestabilna pogoda dodała dramatyzmu chwili – zza kotłujących się chmur, z których tym razem – na szczęście – nic nie padało co chwila wyłaniały się kolejne scenerie – w niebywały sposób za każdym razem piękniejsze od poprzednich.

Przejście Świdowca nie wymaga wychodzenia na szczyty, choć my – przez pomyłkę oczywiście – wdrapaliśmy się najbardziej stromym z możliwych wyjść na Stiga (pół godziny daremnego podchodzenia od strony Dragobratu). Naszym celem było jednak zdobycie górskiego jeziora, nad którym zaplanowaliśmy nocleg. Dotarliśmy tam po 18.00, mijając po drodze szczególnie urokliwe miejsce (Jeziora Vorozeska). Droga do naszego jeziora z Dragobratu zabrała nam jakieś 3 godziny, a poza Stigiem nie było się gdzie nawet zasapać.
Namioty rozbiliśmy oczywiście nad samą wodą. Późniejszy program obejmował szykowną kolację zakończoną imprezą namiotową, w której udział wzięli wszyscy obecni, czyli: Wojtek i Krzysiek Lubonie, Jurek, Michał, Robert, Wicia i Rafał. Fakt, iż wieczorek świdowiecki odbył się w JEDNYM trzyosobowym namiocie z pewnością zasługuje na odnotowanie go jako atrakcji szczególnej.

Wieczór na połoninach Świdowca – do momentu rozpadania się wieczornego deszczu – był bajeczny. Spod czapy chmur wychodziło zachodzące słońce, góry i połoniny wyglądały kompletnie nierealnie. Po prostu widokowa bomba!

Poranek przywitał nas pogodą znacznie ładniejszą niż ta, którą wcześniej pożegnał wieczór. Czwartek okazał się być najpogodniejszym dniem całego wyjazdu – stąd mogliśmy podziwiać między innymi najwyższy szczyt Świdowca – Bliźnicę, na którą niestety nie starczyło nam czasu. Po drodze minęliśmy górski grób samotnego turysty, który zginął tu zimą rok wcześniej. W tej odrealnionej górskiej scenerii w sumie dość przejmujący widok.

Drogę w dół skrócił nam w cudowny sposób pojazd przypominający zabłąkany w teraźniejszości przedwojenny wehikuł czasu. Krótka rozmowa Jurka z kierowcą, dyskretne targi – i hop! Jedziemy czymś na kształt paleobusa, ze śmiesznie otwieranymi okienkami, stolikiem oraz masą różnej maści szpargałów. Tylko i wyłącznie dzięki temu zdążyliśmy na wyznaczoną godzinę.


Gorgany 2011 od A do Z

Anna – pomoc Viktora. Nieco wycofana i chłodna, a jednak po lepszym poznaniu całkiem miła "Prawa Ręka Szefa" z żelazną bezwzględnością pilnująca limitu kalorii per capita.

Arnika – przyzwoity pensjonat, standard i ceny – takie jak w Polsce. Na cały obiekt przypada jedna łazienka, stąd w perwersyjny sposób sympatyczne wprowadzenie Viktora: "No, tutaj macie łazienkę, z której będziecie tylko wy korzystać, no i też Sasza i ekipa (TV)…". Daliśmy radę. Na tle dość obskurnej Osmołody rudoczerwony budynek cieszy oko.

Buty – Boguś po raz kolejny, nieświadomie pewnie, tworzył historię – tym razem swoimi osobliwymi butami. Pięciopalczaste obuwie mogło nie być specjalnie wygodne, ale zdecydowanie zapisało się w zbiorowej pamięci i, co najważniejsze, wytrzymało do końca wyprawy.

Czech - sympatyczny, chwilami mocno awangardowy, mimo spokojnego obycia zaskakujący śmiałością porównań i gestów. Niestrudzony łowca "Drewnoróbców", tudzież innych leśnych stworów.

Dom Legend - najbardziej niezwykły z lwowskich lokali. Czteropiętrowa kamienica zawiera wszystko, co zostało do tej pory wymyślone, jak i to, na co jeszcze ludzkość nie wpadła. Dziwy, strzygi, pułapki, niespodzianki wychylają się zewsząd, zręcznie unikając kiczu.

Fotooperator - a raczej kamerzysta - czyli niedostępny, choć tak bliski, obiekt westchnień co niektórych. Mielibyśmy i tak duży problem, czy ustawić się z przodu kamery, czy z tyłu operatora...

Gorgany - piękne, rozległe, tajemnicze. Coraz mniej dzikie, coraz bardziej dostępne. Jeśli tak dalej pójdzie, kolejki na szczyt Sywuli będą ustawiać się już za jakieś 1000 lat.

Jedzenie – wyśmienite śniadania i zabawne obiadokolacje – z jednym talerzem na 4 osoby. Idealny pomysł na turnusy odchudzające. Idea nie została przez nas szczególnie dobrze przyjęta, choć z drugiej strony raczej nie chodziliśmy głodni. Tak czy inaczej – alternatywy brak. Najbliższy MacDonald w Polsce.

Koniczynówka – zawartość Słoika Bólu. Wódka domowego wyrobu pędzona na koniczynie. Napój poniekąd boski, zważywszy na jego okrutną moc. Położyła w mig większość Prawdziwych Mężczyzn. Radzimy spożywać z rozwagą.

Lwów - cokolwiek dobrego nie powiedzieć, jedno jest pewne - nie będzie w tym przesady. Stylowe miasto z niezwykłym klimatem, niesamowitymi knajpami, przyjaznymi ludźmi i takimiż cenami. Dziękujemy Arturowi Grossmanowi za pokazanie nam miejsc, do których nie mielibyśmy szans trafić bez niego. Lvov we love. Wow.

Pokazucha – zwana inaczej Krokodylem, czyli polskie Kalambury. Gilowy wyjazd nie mógł się bez nich obejść, stąd po raz kolejny wielkie szranki, euforia zwycięzców i gorycz przegranych. Z pamiętnych haseł: Piekłowniebowstąpienie (odgadnięte), Moralne Salto oraz Symulacje i Symulakry (tu niestety bez sukcesu).

Puzata Chata – szczytowe osiągnięcie ukraińskiej (jeśli nie światowej) gastronomii. Jedyny znany nam lokal z umywalkami przy wejściu. Kolejna rewelacja Lwowa – dużo, dobrze, tanio i przyjemnie. Magdo G., Puzata Chata nie potrzebuje żadnych rewolucji – prosimy nie interweniować!

Sardyna atlantyczna – zabawny, choć mało znaczący rybi akcent. Taka miejscowa specjalność.

Sasza –"Nowa" żona Viktora, atrakcyjna blondynka z nieblondynkowatym IQ stanowiła niewątpliwą ozdobę wyprawy. Duże uznanie za uniknięcie utraty świadomości podczas imprezy inauguracyjnej (niesłychana samokontrola lub niesłychanie mocna głowa – jedno z dwóch. Ciągle nie wiemy które). Matka dziecku (dorosłemu prawie), wytrenowana w taekwondo, taka trochę Sporty Spice, debiutująca jako turystka górska. Nasza wodzirejka w grze w rosyjską mafię. Wspominamy z sympatią. Co niektórzy prowadzą nawet nieerotyczną korespondencję (tak, tak, takowa też jest możliwa!).

Telewizja – zdecydowanie najfajniejszy bonus, jaki mógł się nam trafić. Viktor i jego małżonka biorący udział w telewizyjnej zabawie nieświadomie dostarczyli nam świetnej rozrywki. Czasami może nieco irytująca, lecz generalnie przyciągająca jak magnes obecność kamer działała na wszystkie uczestniczki niezwykle motywująco. To były dla nas wszystkich pierwsze kroki na szklanym ekranie, ale za to od razu na bardzo wysokich obcasach Uśmiech

Ukraińcy – nieoczekiwanie mili dla Polaków. Można zauważyć ciekawą zależność: ci z Ukraińców, którzy kiedykolwiek byli w Polsce są bardzo rozmowni i – przynajmniej na pierwszy rzut oka – przyjaźni. Ci zaś, którzy świata poza Ukrainą nie widzieli są zdecydowanie zamknięci i niechętni rozmowie. Generalne wrażenie – bardzo pozytywne.

Wyboje – o tym już było w głównej opowieści, ale skala zjawiska uzasadnia ponowną wzmiankę. Niekończące się dziury w czymś co mogłoby przypominać drogę na poligonie stanowią test dla przyjeżdżających w ukraińskie ostępy. Nieruchomi mordercy wszystkich normalnych pojazdów z wyjątkiem Ziłów i czołgów. Cieszymy się, że przeżyliśmy. Zdecydowanie nie tęsknimy.

Klub GiL - 1997-2017