Dodaj zakładkę Mapa strony
24 Października 2017r.
Imieniny: Marta, Marcin, Rafał
Pogoda
Zapisz się !

Beskid Sądecki

05-06 lipiec 2008

Pierwszy lipcowy weekend to wypad w Beskid Sądecki pod hasłem jagodowej wyprawy. Grupa w sam raz na taką marszrutę - pięciu piechurów + kolarz zapaleniec. Spotykamy się w Rytrze, gdzie przy parkingu Gościńca Ryterskiego rozpoczyna się marsz na spotkanie z jedynym rowerzystą tej wyprawy. Kierunek schronisko pod Przehybą przez Diabli Garnek i Wdżary. Po drodze mijamy co jakiś czas uczestników Powerade MTB Maraton - maksymalnie ubłoconych kolarzy zjeżdżających naszą trasą, tyle że podążających w przeciwnym kierunku. Drogę skracają nam pogaduchy i przewija się chyba najbardziej aktualny naonczas temat co z tą tarczą - będzie czy też nie będzie montowana w Polsce?

W schronisku chwila na posiłek i odpoczynek przed dalszą drogą ku Niemcowej. Dociera też nasz cyklista. Dalej urokliwa trasa na Radziejową z obowiązkowym wejściem na wieżę widokową. Pogoda pomimo chmurnego nieba sprzyja obserwacjom i mamy stamtąd doskonały widok na Pieniny i Tatry. Dalsza trasa przez Wielki Rogacz i krótki popas na jagodowych "łanach" prowadzi wprost do Niemcowej, gdzie trafiamy wraz z nadchodzącym zmrokiem. Pomimo przejściowych kaprysów aury w postaci przelotnego deszczu udaje się rozpalić ognisko i tachane do tej pory na plecach zapasy piwa, jak też kiełbasy znajdują odpowiednią oprawę do spożycia. Potem już tylko pozostaje paść w ramiona Morfeusza - nocleg komfortowy - tym bardziej, że naprawdę dużą salę mamy tylko dla siebie.

Pomimo deklaracji Krzyśka, że o 6:00 wstajemy ("żartowałem" jak komentuje żółw), nikt poza mną się nie podnosi. Po rannej toalecie i skromnym acz treściwym śniadaniu ruszam więc realizować cel marszruty, czyli zbierać jagódki Mrugnięcie. Dwie godziny zbierania i mam litrowy słój + mały słoiczek pełne borówkowego szczęścia. Tymczasem Towarzystwo już wstało i wracając zastaję większość przy śniadaniu - sam zresztą jeszcze dopycham wygłodniały zbieraniem. Najedzeni i pozytywnie nastawieni w związku z tym do świata za namową Krzyśka gramy dłuższy czas w kapitalną grę, której nazwy niestety nie wspomnę. Cała w każdym razie w realiach dzikiego zachodu a la spaghetti western. Brak tylko w tle muzyki Ennio Morricone. Potem już tylko zejście malowniczą trasą przez Kordowiec z powrotem do Rytra z krótkim postojem na jagodowe żniwa dla reszty towarzystwa jeszcze nie obłowionej owocem. Po drodze zdziczałe i słodkie czereśnie, nieco malin i poziomek. Trasę wieńczy dość karkołomne zejście stokiem przy Roztoce Ryterskiej na Gościniec Ryterski. Na koniec dzięki Krzyśkowi degustacja wody "spod Kingi" (to już w Piwnicznej), niezmiernie bogatej w minerały i pierwiastki wszelakie - smak i zapach dość specyficzne i jak to bywa jednym smakuje - innych odrzuca. Zródło niewątpliwie popularne, o czym świadczy dość długa kolejka autochtonów chętnych do napełniania licznie zabranych butelek. Tu zresztą dość śmieszne zdarzenie - trzeba się wykłócić o możliwość skorzystania z tych dobrodziejstw poza kolejnością.

W Piwnicznej rozjeżdżamy się już - jedni koleją, drudzy zaś szosą dążą ku swym domom. Zostają na teraz miłe wspomnienia uwiecznione nieco przeze mnie, jak też nadzieje na kolejne wspólne i może w szerszym też gronie peregrynacje.

Klub GiL - 1997-2017